18. Poznań Maraton- brutalne zderzenie z rzeczywistością

18 Poznań Maraton – brutalne zderzenie z rzeczywistością

W końcu nadszedł ten dzień. Po prawie czterech miesiącach mniej lub bardziej intensywnych przygotowań znowu stanąłem na linii startu. Ostatni raz biegłem w maratonie 4 lub 5 lat temu, wtedy też „słabiej” mi poszło, coś pomiędzy 3.10 a 3.15 chyba było… Wtedy też biegałem tylko 2-3 miesiące więc i tak byłem zadowolony z wyniku. Oczywiście tradycyjnie za mocno poszarżowałem pierwszą połowę i ściana na trasie złapała mnie już w okolicach 25 km. Nadal pamiętam, że przebiegnięcie pozostałych 17 km było dla mnie ciężką walką. Mój organizm nie chciał znowu przechodzić takiej męczarni. Możliwe, że właśnie to było jednym z powodów dlaczego tym razem psychicznie zblokowałem się, bardzo szybko odpuściłem sobie gonienie za pacekeeperami, „husarią” dla czasu 3.30. Ale po kolei.

W połowie czerwca wróciłem na poważnie do biegania. Przez ostatnie 3-4 lata biegałem średnio 1 miesiąc w ciągu roku, czyli praktycznie nie było szans żeby chociażby utrzymać starą formę. Moje bieganie połączyłem z próbą uwolnienia się od mojego komputerowego uzależnienia, o czym zacząłem pisać na niniejszym blogu. Pierwsze dwa miesiące poszły gładko. Pod koniec wakacji zaczęły się niestety schody. Znowu zmarnowałem sporo czasu przy grach i znalazłem wiele usprawiedliwień dla rezygnacji z kolejnych treningów. W efekcie mój youtubowy projekt  „Od cieniasa do ultrasa” poważnie zwolnił a blog praktycznie stanął w miejscu. Porażka. Oczywiście coś tam pobiegałem, w ostatnich tygodniach miałem te dwie dłuższe wycieczki biegowe oraz treningi z podbiegami, ale to było zdecydowanie za mało i za późno. Na dodatek uparcie biegałem w moim zakresie tlenowym, żeby spróbować zapanować trochę nad tym moim wysokim tętnem od początku treningów. Nie że to coś złego, być może to najlepsze co mogłem zrobić w ostatnich miesiącach, ale wpłynęło to na moje psychiczne nastawienie już podczas biegu.

Tragedia wisiała w powietrzu.

Sam maraton wystartował z bisko 40-minutowym poślizgiem, co mogło wyprowadzić z beztroskiego nastroju najbardziej zapalonych biegaczy. Rozgrzewaliśmy się i truchtaliśmy w pobliżu linii startu aż w końcu nadszedł wyczekiwany moment. Wystrzał. 18 Poznań Maraton wystartował, znowu byłem na trasie. Obawa o piszczele plus startowe emocje szybko podbiły mi tętno powyżej 170 uderzeń serca na minutę. Wystartowałem powoli, z nikim nie miałem zamiaru się ścigać. Po  dwóch kilometrach trochę się uspokoiłem, ból w piszczelach nie zaatakował. Te kompresujące opaski chyba rzeczywiście coś tam dawały. Niestety tętno utrzymywało się ciągle powyżej 170 uderzeń a ja wcale nie szarżowałem, jakieś 5.10-5.20.

Jak widać tętno od linii startu wskoczyło u mnie ponad zakres tlenowy. Jak tu spokojnie zacząć?

W końcu wyprzedzili mnie pacekeeperzy biegnący na czas 3h45min, z wielkimi, przypominającymi skrzydła husarii flagami przyczepionymi do pleców. Trochę się zmartwiłem i miałem nadzieję, że w końcu tętno mi się uspokoi a ja będę mógł bezpiecznie przyspieszyć, że zacznę wyprzedzać. Niestety, jak można zaobserwować na nakręconym przeze mnie krótkim filmiku z przebiegu maratonu, nie udało mi się dogonić „husarii”  3h30min. Tylko raz widziałem ich jeszcze na zakręcie, kilkaset metrów przede mną. Bałem się jednak przyspieszyć i gonić za nimi. Masakra. Pamiętam z poprzednich biegów, że bałem się gonić za pacekeeperami z czasem 3h00m, wtedy zderzenie z biegową „ścianą” murowane, ale tym razem obawiałem się tego niemiłego stanu w wyniku pogoni za husarią 3h30min. Bardzo się na sobie zawiodłem.

 

 

Okazało się, że po latach obijania się straciłem wszystko, czego się wcześniej dorobiłem. Tak jakbym w tym roku zaczął dopiero przygodę z bieganiem. No i jak by nie było nie przygotowywałem się solidnie od połowy czerwca. Pod koniec sierpnia zaniżyłem loty i przez resztę czasu wykonałem zaledwie połowę z treningów, które mogłem, powinienem wykonać. W efekcie uzyskałem czas netto 3.36.05  i nie załapałem się nawet do pierwszego tysiąca (zająłem 1048 miejsce w kategorii open). Wystarczyło przyspieszyć te 200 metrów pod koniec i pewnie załapałbym się do tego pierwszego tysiąca. Ale nawet to się nie udało. Nie wiem na ile było to realne zmęczenie a na ile strach, zmęczenie psychiczne. Pamiętam, że po 30 km przypomniało mi się, że marzy mi się powrót do ultramaratonów. Szybko odgoniłem te myśli, bo sama idea wydała mi się wtedy koszmarna, nie ma mowy że pobiegnę więcej niż te 42 km… Wszystko wskazuje na to, że z kondycją i mój bojowy duch wyparował ;/

 

Podsumowanie maratonu wg oprogramowania z mojego biegowego Suunto. Czas zawyżony, bo zatrzymałem zegarek jakieś 2 min po przekroczeniu mety

 

W tamtym momencie chciałem tylko dobiegnąć do mety. Nie chciałem za nikim gonić.

Wiedziałem, że czas 3h30min jest już poza moim zasięgiem. Nie w tym tempie. Jednak zderzyłem się ze ścianą, tym razem głownie psychiczną. Nogi nie były wykończone, jak z gąbki po 30 km (zdarzało się to zawsze w poprzednich maratonach). Oddech oczywiście zmęczony, ale również bez przesady. Za to w głowie zblokowany. Bałem się, że jak przyspieszę o te kilka, kilkanaście sekund na kilometr, tętno podskoczy mi szybko w granice 190 uderzeń i pędem padnięty po kilkunastu minutach. A tu jeszcze kilkadziesiąt minut biegu przede mną. Tak właśnie biegałem wcześniej i biłem swoje rekordy, ale teraz nie chciałem, nie mogłem się na to zdobyć. Niby porządnie zmęczony, w granicach swoich możliwości, ale w ogóle nie wykończony (nogi, oddech) dobiegłem do mety maratonu. Od razu rzuciłem się na napoje i jedzenie, dopchałem darmową kiełbaską i piwkiem, i do domu. Trochę mi ten powrót zajął, bo zatrzymywałem się po drodze aby dopingować, wspierać tych, którzy dobiegali właśnie do ostatniego kilometra.

Podsumowując.

Zadowolony jestem z tego, że w końcu wystartowałem w maratonie. To już coś.

Getry kompresujące spisały się na medal.

Kamerka sportowa oczywiście dała radę, chociaż przed 30 km wypadła mi z reki. Na wykresie tempa biegu widać zatrzymanie się na dystansie 29.97 km. Nie dosyć,że upuściłem kamerkę. Karta MicroSD z niej wypadła. Zatrzymałem się, podniosłem kamerę, chwilkę męczyłem się z zamontowaniem karty. Na szczęście przeżyła upadek, działała nadal. Ale było to niepotrzebne zatrzymanie się i dodatkowy stres podczas biegu. O ile jeszcze wezmę kiedyś kamerkę na zawody, na pewno nie będę jej chował w tylnej kieszeni spodenek…

W końcu zegarek biegowy z pasem do pomiaru tętna. Nigdy wcześniej się tym nie bawiłem, tym bardziej nie biegłem z takimi bajerami na zawodach. Możliwe, że aż za bardzo się nim sugerowałem, ale może tak właśnie powinienem biegać. Bezpiecznie, dokładniej analizując sygnały własnego ciała. Wcześniej zdawałem się tylko na instynkt, ogólne odczucie zmęczenia i „zasapanie”. Jak już czułem,, że coraz ciężej mi się oddycha, zwalniałem. Oczywiście ostatecznie doprowadzało to do zbyt szybkiego zajechania nóg, ale jakoś zawsze dawałem radę dobić do mety siłą woli, z niezłymi wynikami. Teraz pobiegłem aż za bardzo zachowawczo, praktycznie nie pobiegłem w ostatnim zakresie biegowym ( u mnie tętno powyżej 186 uderzeń na minutę), co może było błędem. Na zawodach trzeba zagrać va banque, dać sobie totalny wycisk.

Teraz muszę postarać się podtrzymać formę przez okres jesienno zimowy. O ile pogoda i zdrowie pozwolą, postaram się biegać głownie w zakresie tlenowym. Robienie intensywnych treningów na dworze nie wydaje mi się teraz dobrym pomysłem. Może dorzucę jakieś ćwiczenia fizyczne i kardio w domu, żeby wrzucić czasami serducho na najwyższy bieg. Teraz najważniejsze jest jednak, żeby tylko znowu nie zamulić przy komputerze i nie odpuścić sobie treningów w ogóle. Trzymać kciuki.

 

Zapisz

Dodaj komentarz