“Ready Player One”, kolejny sci-fi czy coś więcej?

Czy wirtualna rzeczywistość stwarza zagrożenie. Kilka przemysleń w kontekście "Ready player one" Ernesta Cline'a

“Ready Player One”, kolejny sci-fi czy coś więcej?

Mam już gdzieś odłożony fragment nowego wpisu, w którym chciałem popuścić wodze fantazji i poprorokować na temat przyszłości wirtualnej rzeczywistości.
Gdy niebieski ptaszek podsunął mi dzisiaj propozycję obejrzenia trailera nowego filmu Stevena Spielberga klamka zapadła. Wezmę w końcu przysiądę na czterech literach i popłynę z tematem.
Nie wiem gdzie i u kogo widziałem tekst, że to wizjonerski film Spielberga. Wizjonerski? Owszem, ale nie Spielberga to wizja lecz adaptacja bestsellera Ernesta Cline’a z 2011 r. o tym samym tytule.

Czy jednak rzeczywiście jest to taka nowość?

“Wizjonerską” na pewno można nazwać powieść “Wehikuł czasu” H.G. Wellsa z, uwaga! , 1895 roku. Zarówno książka Cline’a ani tym bardziej film Spielberga nie są rewolucyjne w dziedzinie pokazania rozwoju i wpływu wirtualnej rzeczywistości na nasze życie.
Oczywiście niejeden czytelnik z pewnością przytoczyć tu może dużo więcej przykładów, ja tylko kilka dla podparcia mojego bajdurzenia.

Truman show (1998 r.) bardzo trafnie przewidział, że idea telewizyjnego podglądactwa, wszelkiej maści reality show będą miały kiedyś sporą rzeszę fanów.
Bezzałogowe samochody i hologramy, skolonizowanie Marsa – to są historie które do dziś żywo pamiętam z Pamięci absolutnej (1990 r.), którą z wypiekami na twarzy oglądałem jako mały szkrab. Powrót do przyszłości II ?- kolejny klasyk, a w nim takie pomysły jak wideo-rozmowy, telewizyjne okulary ( gogle VR się kłaniają) czy kontrolery ruchu w grach.
No i oczywiście trylogia Matrix– cały świat jako wirtualna rzeczywistość, której nawet nie potrafimy odróżnić od tej realnej, ultraszybka nauka polegająca na “wgrywaniu” kolejnych umiejętności, zasobów wiedzy bezpośrednio do mózgu, itd.
Mamy oczywiście liczne książki i komiksy traktujące o przyszłości. Pozwolę sobie wspomnieć w tym kontekście o “japońskich bajkach” czyli anime, które również od dobrych kilkunastu (jak nie więcej) lat podrzucają pomysły na temat nowego wykorzystania komputerowych technologii, rozwoju cyfrowego świata.
Serie Ghost in the shell, Cowboy Bebop, HunterxHunter, Sword Art Online i Gun Gale Online. To tylko kilka tytułów, które kojarzę, obejrzałem w całości lub jedynie zajrzałem.

Zwłaszcza trzy ostatnie tytuły można bezpośrednio powiązać z wizją przedstawioną w “Ready Player One” Cline’a. Pamiętam bardzo dobrze jak wciągnęła mnie fabuła powyższych anime. Wracasz do domu, kładziesz się wygodnie na wyrku, zakładasz specjalne okulary, 3,2,1, odlot.
Twój avatar pojawia się w wirtualnym świecie, który odbierasz wszystkimi zmysłami. Widzisz, słyszysz, czujesz zapach, dotyk. Bieganie czy pływanie twój mózg odbiera tak samo jak wykonywane w realnym świecie. No może poza wyjątkiem kilku super mocy i podkręconych parametrów ciała jak szybkość, żywotność,itd.
Taka wizja zbliża się do nas dużymi krokami. Gogle VR, coraz więcej prostych na razie, ale rozwijających się gier VR, lepsze kontrolery i czujniki pozwalające odbierać wrażenia z gry. To już mamy. Te technologie błyskawicznie rozwijają się na naszych oczach. Przy dzisiejszym tempie rozwoju technologii nie zdziwię się, jak doczekamy się wizji z filmu Spielberga jeszcze przed rokiem 2044.
Hmm, kilka wiosen będzie mnie dzielić od emerytury. Nadal istnieje ryzyko, że na stare lata wrócę do gier… Cała nadzieja w tym, że do tego czasu będę już Najlepszą Wersją Samego Siebie i czasu ani ochoty nie będę miał na takie rozrywki. Albo- będę już mistrzem panowania nad samym sobą i ociupinkę z kolegami w sanatorium pogram 😉

Inna sprawa. Oglądając wymienione wyżej anime zawsze obawiałem się jednej kwestii- jeśli będzie to tak zaawansowana ingerencja w mózg człowieka, to czy rzeczywiście będzie to całkowicie bezpieczne? Dzisiejsze ostrzeżenia przed epilepsją obecne w grach to będzie przy tym pikuś. Głupio by było poświęcać się teraz szerzeniu idei dojrzałego, zrównoważonego podejścia do komputera a na stare lata usmażyć sobie głowę jakąś mikrofalówką do grania.

“Jedyne miejsce gdzie w końcu coś znaczę. Miejsce gdzie granica prawdziwości jest twoja wyobraźnia”.

Te kilka słów z zapowiadanego filmu Spielberga oddaje całą istotę, piękno a zarazem niebezpieczeństwo wirtualnego świata. Owszem, książki jeszcze nie czytałem i nie znam szczegółów fabuły. Wiem już jednak, że jest tam kontekst zrujnowanego realnego świata, wirtualna Oaza jest jedynym sensownym miejscem gdzie człowiek może uciec od postapokaliptycznej brzydoty.
Ale tu właśnie pies pogrzebany. Tutaj się “czepiam” dzisiejszych nałogowych graczy, osób wlepionych całymi dniami w ekrany komputera i smartfona. Przecież nasz obecny świat nadal jest piękny, względnie czysty, przyjazny człowiekowi. Oczywiście life is brutal i nikt nie obiecuje, że zawsze będzie łatwo, przyjemnie, wszyscy się kochają, itd. Ale takie właśnie jest prawdziwe życie. Nadawanie sensu własnemu istnieniu, zdobywanie szacunku do samego siebie, budowanie swojego światopoglądu i systemu wyznawanych wartości. Nikt nie mówi, że dostaniesz to bez wysiłku, bez przeszkód, bez walki.
Na tym polu pojawia się ewentualne niebezpieczeństwo, możliwa szkodliwość gier, komputera, mediów społecznościowych, itd. Nie, one same w sobie nie są złe. Są tak samo neutralne jak chociażby pieniądze, władza, czy seksualność. Od nas jednak zależy, jaki zrobimy z nich pożytek. Więcej, musimy uważać aby nie dać się im spętać, by to one służyły nam, a nie odwrotnie.

Niestety coraz więcej osób ucieka w wirtualny świat od swojego prawdziwego życia Click To Tweet

Niestety coraz więcej osób już teraz ucieka od swojego prawdziwego życia. Nie radzą sobie z nadmiarem stresu, nie mają planu na samego siebie, nie czują się “kimś ważnym” w codziennym życiu. To jedna z przyczyn zanurzania się w cyfrowym świecie.
Tutaj można stworzyć wyidealizowany obraz samego siebie, z tylko pięknymi, czasami podretuszowanymi fotkami. Pokazywać tylko te radosne miny, małe sukcesy, piękne rzeczy i miejsca. Jest to o tyle niebezpieczniejsze, że wielu innych robi to samo. I wtedy zaczyna się kolejny błędny mechanizm: porównywanie. “Bo inni mają tak fajnie, są zawsze radośni a u mnie to tak na co dzień beznadzieja i nudy”, itp.

Fantastyczne krainy gier komputerowych, gdzie możemy praktycznie wszystko, ograniczeni tylko przez własną i producentów gry wyobraźnię, to już w ogóle inny level.

Działa tu jeszcze więcej psychologicznych mechanizmów, które czynią dla nas świat wirtualny ciekawszym, bardziej fascynującym od szarej rzeczywistości, ale o tym w kolejnych wpisach.

Podsumowując: gdy zobaczyłem zapowiedź filmu Spielberga o graniu w super realistycznym, wirtualnym świecie nakręciłem się jak kornik na szafę. Must watch na rok 2018. Znowu odezwała się we mnie tęsknota i te wszystkie obrazy w wyobraźni, które przez lata skutecznie zasysały mnie ku komputerowej rozrywce. Przypomniałem sobie o tych wizjach i przemyśleniach, które już lata temu snułem oglądając wymienione przez mnie anime. Ten świat już nadchodzi, coraz większymi krokami i wcale nie musi to być zapowiedź jakiejś wielkiej katastrofy. Od nas zależy, od edukacji i budowania społecznej świadomości (widzę tu szczególną rolę i misję samych producentów gier, mediów społecznościowych, itd.) jak będziemy funkcjonować w nowych realiach. Będzie to wspaniałe narzędzie do zrelaksowania się, wspólnej zabawy ze znajomymi, czy coś, co będzie w stanie zaabsorbować naszą uwagę z niespotykaną dotąd siłą oddziaływania?

A Wy jak obstawiacie? Jak wyobrażacie sobie rozwój branży e-rozrywkowej za następne 10, 20 lat?
I oczywiście ostatnie pytanie: jaki popcorn bierzemy do kina?;)

Dodaj komentarz